środa, 22 października 2014

Jak używać nawilżacza powietrza, czyli o tym, jak kupowałam i oddawałam swój nawilżacz do sklepu…



O tym, że zbliża się sezon grzewczy wiemy już wszyscy – wystarczy wystawić nos za okno i zobaczyć te ponurzaste chmury i ulice w strugach deszczu, a potem spojrzeć w kalendarz. Zima idzie, nie ma co. Siedzę sobie i piszę, patrząc jednocześnie na mój stary ale jary nawilżacz powietrza, który zapewne niedługo zacznę regularnie włączać… Przy okazji przypominam sobie, co nawyrabiałam dobrych kilka lat temu, gdy stałam się jego szczęśliwą posiadaczką i z dumą go postawiłam na podłodze w kuchni. 

O tym, jak NIE należy postępować z nawilżaczem powietrza

– Kochani, mamy nawilżacz!
– Co? A po co Ci to? – Mój Partner Życiowy, Mąż i Ojciec mojego dziecka spojrzał z powątpiewaniem na moje trofeum, po czym mruknął – ja do tego ręki nie przyłożę, ale tobie radzę, przeczytaj instrukcję obsługi.
– Tia, no pewnie – odburknęłam, po czym zrzuciłam buty, płaszcz i z pakunkiem pod ręką poczłapałam do salonu, gdzie radośnie się rozsiadłam i jęłam energicznie rozpakowywać pudło, jakby to był prezent pod choinkę. 

Moim oczom ukazał się cudny, czerwony przedmiot w kształcie kropli, leciutki i śliczniutki. Natychmiast poleciałam po wodę (z kranu oczywiście, bo w bricie akurat mi się skończyła, a mineralki używać przecież nie będę), rozłożyłam go na czynniki pierwsze, znalazłam wlot na wodę, wlałam co trzeba, udało mi się zamknąć i postawiłam z dumą to cudeńko na… parapecie. Tak, tak – na parapecie. A że była właśnie deszczowa, choć ciepła jesień, a obok parapetu mam półkę z książkami i tapety, to wyobraźcie sobie, co było dalej. Oczywiście nie zaopatrzyłam się w higrostat, nie doczytałam, że urządzenie nie może chodzić non stop, że istnieje coś takiego jak optymalna wilgotność powietrza, nie zwróciłam uwagę na bliskość książek i okna, więc po kilku dniach męczenia się z wiecznie mokrym oknem, śmierdzącym praniem (bo suszę w salonie, koło okna), wilgotną ścianą i niepokojącą bliskością wilgoci przy moich ukochanych książkach, stwierdziłam, że mój piękny Gota jest o d… roztrzaść. Spróbowałam go jeszcze owszem, przestawić, ale tak niefortunnie go przestawiłam, że stał na podłodze obok kaloryfera, więc (już teraz to wiem!) skutek był żaden. Tak, nazwijcie mnie przysłowiową blondynką, naprawdę w szkole z fizyki  orłem nie byłam, ba, wręcz zagrożenia kilka razy z rzędu miałam. 

Skończyło się tym, że zapakowałam mój śliczny czerwony nawilżacz i zła poszłam do sklepu go oddać. W sklepie przemiła blondynka (blondynka właśnie) z rozbrajającym uśmiechem spytała mnie, w czym jest problem, więc usłyszała litanię: że mokro, że za wilgotno, że śmierdzi, że nie działa. Pani zapewne nie pierwszy raz spotkała się z takim poziomem indolencji i niewiedzy, więc spokojnie i po kolei zaczęła mi zadawać pytania.

Gdzie postawiłam nawilżacz? Czy było w pobliżu źródło ciepła? Jaki mam poziom wilgoci w mieszkaniu? Jak duże mam pomieszczenia? Jakiej wody użyłam?

A potem zaczęła tłumaczyć, po czym ja zabrałam swój nawilżacz z powrotem do domu. Co więcej – dokupiłam sobie higrostat, dokupiłam środek do czyszczenia wody (Biocido) i z nową wiedzą w głowie wróciłam do domu.  Od tamtej pory już wiem co i jak, i mogę się tym podzielić ze wszystkimi. Bo nawilżacze powietrza są naprawdę skuteczne, jeśli tylko właściwie się z nimi postępuje.

Kiedy włączamy nawilżacz?
Po pierwsze: nawilżacz włączamy wtedy, kiedy jest okres obniżonej wilgotności powietrza, czyli gdy jest sucho (w sezonie grzewczym czyli). O tym, czy mamy za sucho poinformuje nas higrometr (nie, nie higrostat, to coś innego, o czym za chwilę), czyli coś w rodzaju termometru, który mierzy, jaki poziom wilgoci mamy w domu. Na tej podstawie łatwo nam będzie ocenić, czy kisimy się w lubiących wilgoć bakteryjkach, czy też właśnie za pomocą zbyt suchego powietrza nie wysuszamy sobie błon śluzowych. Zresztą nie zawsze potrzebny od razu higrometr – nasz własny nos, skóra i śluzówki to podpowiedzą.

Po drugie: jeśli już ten sezon grzewczy jest, nawilżacz warto ustawić po powrocie z pracy i wyłączyć przed pójściem spać. Dotyczy to przede wszystkim nawilżaczy bez higrostatu, bo te z higrostatem w zasadzie mogą sobie działać ile chcą – i tak wyłączą się same, gdy już wysycą powietrze odpowiednią ilością pary wodnej. Niemniej reguła – 3-4 godziny dziennie jest optymalna dla średniej wielkości pomieszczeń. 

Gdzie stawiamy nawilżacz?
NIE na parapecie, NIE koło kaloryfera, NIE koło mebli (zwłaszcza biblioteczki). Co prawda te nowoczesne nawilżacze rozbijają parę wodną na tak drobniutkie mikrokropelki, że nie ma w zasadzie możliwości, żeby zniszczyły książki czy meble, ale tak czy owak, zwłaszcza gdy trzeba powietrze porządnie nawilżyć, bo już zaczynamy mieć w nosie skrzepy, warto je chronić. Mimo wszystkich zalet zimna mgiełka może osiąść na najbliższych nawilżacza powierzchniach. Natomiast ustawienie nawilżacza zbyt blisko źródła ciepła spowoduje, że niepotrzebnie będziemy marnować energię i wodę. Bo wysoka temperatura wysuszy szybciutko to, co do powietrza odda nawilżacz. Acha, jeśli masz nawilżacz parowy – postaw go Z DALA od dzieci, bo na oparzeniówkę chyba ochoty nie masz.

Kiedy po zakupie możemy włączyć nawilżacz?
Nie, nie natychmiast, chyba że się do tego przygotowaliśmy. Chodzi o prostą sprawę – kurz i pył. W domu trzeba wcześniej odkurzyć, zetrzeć kurze. Nadmiar pyłu i kurzu w powietrzu będzie absorbował parę wodną i nie dość, że z porządnego nawilżania nici, to jeszcze, zwłaszcza w domach pełnych dzieci, psów, kotów, będziemy mieć na meblach i podłogach dość mało estetyczną breję.

O ile zwiększyć wilgotność gdy jest za sucho?
Jeśli poziom wilgoci jest niski (o skutkach suchego powietrza będę jeszcze pisać w przyszłości, można też sobie poczytać na przykład TUTAJ), to żeby podwyższyć ją o około 10% w mieszkaniu o powierzchni 50 mkw trzeba by wprowadzić 2 gramy pary wodnej na metr sześcienny. Co oznacza zużycie na poziomie 4 litrów wody na 24 godziny. Super to wiedzieć, ale jak pomierzyć? I tu wchodzi cudowne urządzonko, zwane higrostatem.

Po co komu higrostat?
Dlatego że oszczędza nam czas i nerwy. Nawilżacz z higrostatem może działać na okrągło – bo ustawiwszy sobie poziom wilgotności powietrza na tych 40 czy 50 procentach, higrostat sam sobie wyczuje, policzy, ustawi, włączy się, gdy się zacznie robić za sucho i wyłączy, gdy się zrobi za wilgotno. Dla mnie bomba. Bo te nawilżacze bez higrostatu mogą pracować maksymalnie 3-4 godziny dziennie, i to najlepiej w naszej obecności. Zbyt wilgotno przecież też nie chcemy mieć (o skutkach nadmiernej wilgotności można przeczytać TUTAJ)

Jak dbać o nawilżacz?
O nawilżacz trzeba dbać. Trzeba pamiętać o wymianie wody, o tym, że niezużytą wodę trzeba wylać i dać świeżą, bo inaczej zalęgną się w niej bakterie, które, gdy włączymy nawilżacz, zaczną radośnie unosić się w powietrzu i trafią do naszych płuc. To jedno, drugie to rodzaj wody – ta z kranu nie bardzo, z brity już lepiej, a najlepiej desytylowana, żeby zminimalizować ryzyko namnażania się lubiących środowisko wodne paskudztw. Wodę zmieniać należy co kilka dni, tak co dwa trzy. Najlepiej codziennie, ale… bądźmy realistami. Ważna też jest technologia mycia – po umyciu – suszymy. I dopiero potem nalewamy odpowiedniej wody. Można jeszcze używać środków do dezynfekcji wody (np. Biocido), które skutecznie ograniczają namnażanie się bakterii i dzięki temu możemy zmieniać wodę rzadziej, co nie znaczy, że wcale. I na koniec – filtry, tak, tak bez nich się nie obejdzie. Filtry wymieniać należy co 3 do 6 miesięcy, żeby nie doprowadzić do przegrzania i w efekcie zniszczenia nawilżacza.

To chyba tyle… Taka garstka praktycznych wskazówek, jak właściwie korzystać z nawilżacza, żeby potem nie robić z siebie półgłówka przed sprzedawcą. No i oczywiście cieszyć się zdrowym, właściwie nawilżonym powietrzem. Nawet domownicy w końcu to docenili, no i mniej chorują w zimie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz