środa, 28 stycznia 2015

Zanieczyszczenie powietrza w Polsce – jest się czego bać?

Od lat zewsząd słychać alarmujące doniesienia na temat niebezpiecznego poziomu zanieczyszczenia w powietrzu w całej Unii Europejskiej. Tego typu informacje nie robią wrażenia na przykład na mieszkańcach Śląska, którzy doskonale wiedzą, czym oddychają i wydaje się, że na przestrzeni lat najzwyczajniej w świecie się do tych warunków przystosowali... Jednak co mają powiedzieć mieszkańcy dajmy na to Małopolski? Albo Pomorza? W końcu teoretycznie powinny to być tereny nieco czystsze – nie ma tam kopalń, a uprzemysłowienie jest tam niższe. Tymczasem NIK (Najwyższa Izba Kontroli) wykazuje jednoznacznie, że nie tylko mieszkańcy Śląska są narażeni na zgubne skutki wieloletnich zaniedbań w obszarze ochrony środowiska...

Ale od początku.

Według NIK zanieczyszczenie w Polsce już od lat jest najwyższe w całej Unii Europejskiej, mimo znacznych wydatków samorządów na rozwiązanie tego problemu. Oczywiście jakość powietrza nieco się poprawiła, ale nie na tyle, by móc spać spokojnie.

Problem zanieczyszczenia powietrza nie ogranicza się oczywiście tylko do Polski i UE. Na całym świecie z tego powodu (a konkretnie z powodu chorób nim wywołanych)  umiera ponad 3 miliony osób. W Polsce dotyczy to „zaledwie” 45 tysięcy... Na europejskiej czarnej liście znalazło się aż 6 polskich miast, i to plasując się w pierwszej dziesiątce, wśród nich: 

  •          Kraków (limity zapylenia przekraczane 150 dni w roku),
  •          Nowy Sącz (126 dni),
  •          Zabrze oraz Gliwice (125 dni)
  •          Katowice (123 dni).


To dane przekazane przez Europejską Agencję Środowiska. Dla jasności: poziom ten może być, według norm, przekraczany nie więcej niż 35 razy w roku... A normą jest 50 µg/m3 w ciągu doby.

W Polsce najczęstszym problemem jest ponadnormatywne stężenie pyłów PM10 i PM2,5 oraz benzo(a)pirenu (B(a)P), czego skutki są mało optymistyczne, bo stan ten powoduje choroby płuc, układu krążenia, nowotwory. W miastach, które zostały skontrolowane poziom B(a)P przekroczony był o 500%, a wśród nich najgorzej wypadł piękny (i przecież tak blisko gór!) Nowy Sącz – limity przekroczone w nim były jedenastokrotnie. 

Co kryje się pod nazwami: PM10 i PM2,5? Pył PM10 stanowi mieszaninę zawieszonych w powietrzu cząstek substancji organicznych i nieorganicznych, może zawierać takie toksyczne substancje jak węglowodory aromatyczne, dioksyny, metale ciężkie, furany. Największy z nim problem jest taki, że może zawierać cząstki maleńkie, mniejsze niż 10 mikrometrów, a więc takie, które z łatwością przenikają do naszych płuc. Jeszcze gorzej jest z pyłem PM2,5, bo ten zawiera cząstki mniejsze niż...2,5 mikrometra i przenika do naszych płuc i krwi.

Niestety, mimo olbrzymich pieniędzy wydawanych na poprawę tego smutnego stanu rzeczy, nie widać końca tych problemów. Wdrażane są mało skuteczne pomysły (np. w Nowym Sączu, gdzie problemem jest palenie węglem zimą, dofinansowano tylko kilkadziesiąt kolektorów słonecznych, zamiast rozpocząć wdrożenie programu ograniczającego jego emisję), albo koncentrowano się tylko i wyłącznie na ograniczaniu emisji z zanieczyszczeń komunikacyjnych, bez uwzględniania innych. Można by jeszcze wiele na ten temat zresztą pisać.  

A zatem, wracając do tytułowego pytania: czy mamy się w Polsce czego bać ze strony zanieczyszczeń powietrza? Wychodzi na to, że zdecydowanie tak, a przynajmniej dotyczy to osób mieszkających w wymienionych miastach lub w ich pobliżu...


A co my sami, jako obywatele możemy w tej kwestii zrobić? 

Mamy kilka rad, które powinny być oczywiste, ale obserwując zachowanie wielu ludzi można w to głęboko zwątpić.  Oczywiście nie każdy jest w stanie wdrożyć je wszystkie, ale zawsze warto się starać.

1)  nie spalać odpadów i reagować na takie zachowanie sąsiadów,

2)  korzystać z komunikacji zbiorowej lub roweru zamiast wszechobecnego samochodu (oczywiście tam, gdzie to możliwe)

3)  ograniczyć zużycie ciepła, ocieplając dom i zużywając mniej paliw

4)  używać paliwa węglowego dobrej jakości,

5) nie spalać o ogrodzie odpadów zielonych, jeśli w gminie organizowane są jej zbiórki

6)  przejść na ogrzewanie z sieci miejskiej lub gazowe




poniedziałek, 12 stycznia 2015

Hałas nasz codzienny – o ludzkiej tolerancji na dźwięki


Cisza idealna występuje chyba tylko w kosmosie, w próżni. Tam, gdzie mamy do czynienia z atmosferą, słyszymy najróżniejsze dźwięki, których natężenie mieści się w bardzo szerokim zakresie i zależy od zależy od amplitudy fali, czyli maksymalnej zmiany ciśnienia. 

Generalnie: im większa energia fali dźwiękowej, tym bardziej cierpią nasze uszy. Z tym że mówiąc o głośności dźwięku, trzeba jeszcze zwrócić uwagę na jeden drobiazg: chodzi o energię tylko i wyłącznie z danego obszaru i danym czasie. To ważne, ponieważ ucho zbiera energię dźwięku tylko z miejsca, w jakim się znajduje. Bo co nam po dźwięku nawet najgłośniejszym, skoro nas tam nie ma? To jakby oglądać koncert Metaliki przez TV i z wyłączoną fonią. Nas tam nie ma, więc nasze uszy (pewnie dla wielu z wieeelką szkodą) nie "cierpią" :).




Zresztą, nie ma co teoretyzować, wystarczy kilka przykładów, które unaocznią, co jesteśmy w stanie znieść, co ewentualnie możemy, a czego nie powinniśmy wcale. No i co to wszystko ma wspólnego z branżą nawilżaczy i osuszaczy powietrza?

Próg słyszalności dla ludzkiego ucha to około 20 dB. Ludzki oddech to dźwięki na poziomie 10 dB – stąd dawna praktyka przykładania do ust lusterka, gdy nie miało się pewności, czy delikwent dycha, czy też nie. Powyżej 20 dB zaczyna się drabinka...

W typowym biurze czy bibliotece jest hałas na poziomie 40 dB, podczas gdy domowa lodówka wydaje z siebie jakieś 43 dB. Poziom komfortowy dla ucha mieści się w granicy między 50 a 75 dB. W tym przedziale znajdzie się na przykład padający deszcz, muzyka w tle, płynący strumień  (wszystkie na poziomie 50dB), Kuchenka mikrofalowa, zmywarka  czy maszyna do szycia to już około 60dB, ale dalej jest znośnie. 

Problemy zaczynają się powyżej. Dźwięk odkurzacza dla słuchu groźny nie jest, ale gdybyśmy byli nań narażeni 24/h, to chętnie byśmy to skądinąd użyteczne urządzenie wyrzucili gdzie pieprz rośnie – daje hałas na poziomie 74 dB. Znienawidzony budzik to 75 dB. Suszarka do włosów 81 dB. Ciekawostka – suszarka jest prawie tak głośna jak tokarka przemysłowa – też 81 dB! 

Tu jesteśmy już na poziomie, w którym należy włożyć korki do uszu lub coś, co ochroni nasz słuch, zwłaszcza jeśli na hałas będziemy narażenia dłużej – koło 8 godzin. Na przykład piloci w kokpicie muszą mieć środki ochrony uszu, bo są narażeni na hałas na poziomie  88 dB. Jeśli masz wielki ogród i idziesz kosić trawę – też pomyśl o słuchawkach, bo narazisz się na bagatela  94 dB. A to tylko 1 dB mniej niż  przemysłowy alarm przeciwpożarowy – 95 dB. 

Czerwony alarm włącza się nam w mózgach przy przekroczeniu 100 dB. Wiedzą o tym zwłaszcza świeżo upieczeni rodzice – płacz dziecka plasuje się na zaszczytnych 110 dB i mało jest ludzi, którzy są w stanie ten dźwięk wytrzymać dłużej. 

Choć z drugiej strony jest wśród nas pewien gatunek, określany „kibicami”, który jakoś na hałas wydaje się być uodpornionym... Otóż na stadionie w czasie meczu hałas sięga 117 dB. Fani muzyki rockowej też odznaczają się wysoką odpornością: w trakcie koncertu ich uszy muszą przyjąć około 120 dB, czyli więcej niż piła łańcuchowa (118dB)....

I tak dalej i tak dalej, aż dochodzimy do przysłowiowej wiertarki udarowej (130 dB), albo karabinu (161 dB), sztucznych ogni (162 dB) czy startu rakiety kosmicznej (188 dB). Na tym wypadałoby tę wyliczankę skończyć, zaczęliśmy od kosmosu i na nim skończmy...

Na samo zakończenie tylko śpieszymy poiinformować, że nawilżacze i osuszacze powietrza to urządzenia ciche i niedziałające na szkodę ludzkich uszu. Zwłaszcza ultradźwiękowe i ewaporyzacyjne są dla naszych narządów słuchowych bardzo łagodne.  Te ewaporyzacyjne są na poziomie 25 dB (np. Mira), a ultradźwiękowe w okolicach 33 dB (np. Aquila). Nawet więc jeśli chodzą dłuższy czas, nie wpływają negatywnie na samopoczucie. 

Jakby ktoś był zainteresowany: oto filmik (po angielsku) o tym, jak jest zbudowane ludzkie ucho.

 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Jak wybrać choinkę na Święta? Kilka słów o zaletach sosny



Wigilia za dwa dni. Ci, którzy wykazali się w tym roku talentem organizatorskim, siłą woli i odrobiną wolnego czasu mają już wszystko załatwione, włącznie z kupieniem i ubraniem choinki świątecznej. Zatem to nie jest wpis dla nich. To wpis dla tych, którzy wybór choinki mają przed sobą.

Być może kilkorgu z Was uda się uszczknąć pięć minut cennego czasu i dowiedzieć się, na co zwracać uwagę przy kupowaniu drzewka świątecznego i… dlaczego najzdrowsza jest właśnie sosna.

pine leaves closeup picture

Sztuczna czy prawdziwa? Ścięta czy w doniczce?

Choinka sztuczna to jednorazowy wydatek, oszczędność czasu i w dłuższej perspektywie – pieniędzy. Odpowiednio zabezpieczona nie zakurzy się i nie zniszczy. Niektórzy twierdzą, że to „ekologiczna choinka”, bo do jej wytworzenia nie wycięto żywego drzewka. Niestety, najczęściej to, czego użyto do jej produkcji i jak długo się będzie rozkładała w ziemi – pozostawia już wiele do życzenia…

Choinka prawdziwa wbrew pozorom jest bardziej ekologiczna, bo jeśli nie pochodzi z kradzieży, to znaczy, że jest ze specjalnej plantacji, została ścięta w sposób kontrolowany, a na jej miejsce najprawdopodobniej posadzono już dziesięć innych. Wiadomo, z czego jest zrobiona, wiadomo też, że albo się w ziemi rozłoży, albo ją spalimy, delektując się przy tym pięknie pachnącym dymem.
Zatem pozostaje dylemat: ścięta czy w doniczce? Tu już jest większy problem. 

Ścięta choinka wymaga sporo zachodu, żeby się dłużej trzymała, za to może być naprawdę olbrzymia, aż po sufit. Za to choinka w donicy ma szansę przyjąć się w ogrodzie (o ile postoi w domu nie dłużej niż dwa, maksymalnie trzy tygodnie, często podlewana), ale nie powinna być ona zbyt wysoka. No i jeśli spytamy się sprzedawcy, jak długo dany egzemplarzy przebywa w donicy, a ten odpowie prędziutko: „Ach, jest świeżutka, dopiero co przesadzona”, to już wiemy, że ten pan się nie zna i idziemy dalej. Choinka w doniczce powinna troszkę postać, żeby mieć pewność, że jej korzenie się przyjęły, i czy przypadkiem nie zostały uszkodzone przy wykopywaniu, a nie da się tego ocenić zbyt szybko.

Jodła? Sosna? Świerk?

Świerki, ze względu na gęstość igieł, intensywny zapach, to najczęściej wybierane drzewko. Świerk kłujący, choć droższy, postoi w domu znacznie dłużej, niż świerk pospolity, który gubi igły  bardzo szybko, po kilku tygodniach mamy już niemal goły kikut.

Jodły to choinki luksusowe, zwłaszcza kaukaskie. I nie chodzi tu tylko o cenę. Za cena stoi tez jakość. Jodły wytrzymują do dwóch miesięcy, igły nie sypią się (czyli jest mniej sprzątania), ale… nie pachną. I to jedyny minus.

Sosna. Z powodu rzadkich igieł i niezbyt gęstych gałęzi nie jest zbyt często wybierana na drzewko świąteczne. Rzeczywiście coś w tym jest, bo w wygląd sosny trzeba włożyć niemało trudu. Jednak trud ten się opłaca, bo sosna należy nie tylko do najtrwalszych i najpiękniej pachnących drzew iglastych, ale też do tych najzdrowszych.

Zapach sosny niesie ze sobą lecznicze aerozole, które dobrze wpływają na układ oddechowy człowieka, odkażają i relaksują. Nie bez przypadku to właśnie z młodych gieł sosny robi się skuteczny na przeziębienia syrop. Olejki eteryczne, jakie wytwarza sosna, maja działanie wykrztuśne, rozgrzewające i odkażające, a przede wszystkim – sa świetnym sposobem na podwyższenie odporności. Oczywiście trzymanie sosny w domu przez trzy, cztery tygodnie w roku nie załatwi wszystkich naszych problemów, niemniej co dobrego trafi do naszego organizmu płuc, to nasze.

Jonizacja powietrza  to jeszcze jedna, ważna kwestia w przypadku iglaków, a zwłaszcza sosny. Otóż to właśnie sosna spośród wszystkich „choinek” najlepiej radzi sobie z e szkodliwymi jonami dodatnimi, neutralizując je. Poza tym oczyszcza powietrze z wirusów i bakterii. Oczywiście wszystkim iglaki (i nie tylko, bo brzozy, lipy, wierzby, klony, dęby i wiele innych) jonizują powietrze, ale to właśnie nasza piękna, rodzima sosna pospolita jest w tej kwestii najskuteczniejsza. 



Czyste, zdrowe powietrze, wysycone zdrowymi jonami, pozbawione bakterii i wirusów to utopia, której dotknąć można w lesie sosnowym nad Bałtykiem lub w innej enklawie leśnej. W domowych pieleszach narażeni jesteśmy na wszędobylskie jony dodatnie emitowane przez urządzenia elektryczne, z bakteriami i kurzem, zanieczyszczeniami i innymi szkodliwymi mikroorganizmami.Jedna sosna w domu przez trzy tygodnie nie rozwiąże problemu brudnego powietrza, ale niech jej piękny zapach i olejki eteryczne przez chwilę będą naszym sezonowym oczyszczaczem powietrza.