wtorek, 28 października 2014

Taki mamy mikroklimat, czyli o tym, co wspólnego ma komfort cieplny z nawilżaczem powietrza



Jakiś czas temu napisałam coś niecoś na temat komfortu cieplnego i jego czynnikach. Dzisiaj postanowiłam ten temat jeszcze nieco pomęczyć, ponieważ nasza przyjemność (czyli komfort cieplny) zależy nie tylko od obiektywnych, zewnętrznych warunków (temperatura, wilgotność względna, ciśnienie, prędkość ruchu powietrza itp.), ale też od.. nas samych, a konkretnie od naszego własnego ciała: metabolizmu, wieku, aktywności ruchowej, no i tego w co jesteśmy ubrani.

Jest to kwestia mocno indywidualna, co przysparza wielu kłopotów, zwłaszcza tam, gdzie komfort cieplny jest wymagany przepisami (Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Socjalnej z dnia 26 września 1997 r. w sprawie ogólnych przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy), czyli choćby w biurach. Zapewnienie właściwego mikroklimatu jest ważne nie tylko po to, żeby nie łamać przepisów, ale przede wszystkim po to, aby zapewnić pracownikom wydajność, efektywność, czyli najzwyczajniej  świecie, żeby im się dobrze pracowało. W tej sytuacji czasem wydaje mi się, że wymóg noszenia podobnych ubrań w niektórych korporacjach jest w tej sytuacji w 100% uzasadniony, no bo jak zapewnić komfort cieplny wszystkim, skoro jeden przyjdzie do pracy w wełnianym garniturze, a drugi w hawajskich spodenkach? Chyba nie tylko o wizerunek firmy tu chodzi :).

W praktyce wygląda to tak. Człowiek ubrany w podkoszulek i spodnie, wylegujący się w jednym miejscu z gazetką, najlepiej będzie się czuł w temperaturze 23-26 stopni Celsjusza, wilgotności 50% i jednakowej temperaturze ścian i powietrza. Ten sam człowiek, w identycznych warunkach, ale już ubrany powiedzmy, plażowo – będzie już wymagał tych 27 stopni. Ale gdy zacznie się gimnastykować, ruszać, albo choćby odkurzać, jego wymagania odnośnie temperatury natychmiast spadną i zacznie otwierać na oścież okna lub szukać źródła chłodu. 

I jak tu dogodzić wszystkim? To oczywiście nie jest możliwe, niemniej można się ratować, regulując w domu temperaturę grzejników i właściwie korzystając z nawilżacza powietrza – na przykład te parowe nie tylko nawilżają, ale też ogrzewają pomieszczenia, ponieważ wytwarzają gorącą parę (np. Taurus). Wysoka temperatura (25 stopni) przy nawilżaczu ustawionym na mniej więcej 35-50% nie będzie tak mocno odczuwalna, ponieważ po pierwsze samo nawilżanie chłodzi, a po drugie komfort cieplny, jak zresztą tu gdzieś już wspomniałam, ma związek nie tylko z samą temperaturą, ale CAŁOKSZTAŁTEM czynników, w tym z wilgotnością. Chodzi o to, żeby znaleźć złoty środek. Mądrzy ludzie piszą, że relacja temperatura-wilgotność powinna wyglądać tak:

1) przy 12°C – 50-70%
2) przy 20°C – 40-50%
3) przy 25°C – 35-40%

To są zakresy zalecane, ale i tak ostatecznym probierzem będzie nasz własny organizm, czyli fakt, że nie ma wysuszonych śluzówek ust i nosa i suchej skóry (powietrze za suche) lub występują trudności w oddychaniu i uczucie lepkiego, ciężkiego powietrza (powietrze za wilgotne). 

Dopasowanie siły pracy nawilżacza do własnych potrzeb i zarazem do mikroklimatu w domu nie jest najprostsze, dlatego warto posiłkować się takimi wynalazkami jak higrometry, czyli urządzenia, które mierzą poziom wilgoci w powietrzu, a jeśli są wbudowane w nawilżacz – dopasowują do tego ilość oddawanej pary wodnej. Oczywiście wymaga to wcześniej od nas ustawienia nawilżacza na wskazany poziom wilgotności (idealnie 40-50%), ale tylko w przypadku, jeśli w domu nie ma przeciągów, jeśli mamy dość szczelne drzwi i okna. Jeśli w domu „hula nam wiatr” a tak bywa w starym budownictwie, trzeba by sprawdzić, czy przypadkiem nie jest nam potrzebny raczej osuszacz powietrza, lub sprawdzić poziom wilgotności w domu za pomocą higrometru właśnie. 

Podsumowanie, czyli czynniki wpływające na komfort cieplny:

Czynniki wewnętrzne:
  • indywidualne odczucie temperatury
  • stan zdrowia i ogólne samopoczucie
  • izolacyjność cieplna odzieży
  • stopień aktywności fizycznej
 Czynniki zewnętrzne:
  • wilgotność względna powietrza
  • temperatura powietrza
  • temperatura powierzchni otaczających
  • prędkość powietrza w strefie przebywania ludzi
  • czystość powietrza
  • oświetlenie i wystrój wnętrz (kolorystyka)
  • świeżość powietrza (określana zawartością Co2)




środa, 22 października 2014

Jak używać nawilżacza powietrza, czyli o tym, jak kupowałam i oddawałam swój nawilżacz do sklepu…



O tym, że zbliża się sezon grzewczy wiemy już wszyscy – wystarczy wystawić nos za okno i zobaczyć te ponurzaste chmury i ulice w strugach deszczu, a potem spojrzeć w kalendarz. Zima idzie, nie ma co. Siedzę sobie i piszę, patrząc jednocześnie na mój stary ale jary nawilżacz powietrza, który zapewne niedługo zacznę regularnie włączać… Przy okazji przypominam sobie, co nawyrabiałam dobrych kilka lat temu, gdy stałam się jego szczęśliwą posiadaczką i z dumą go postawiłam na podłodze w kuchni. 

O tym, jak NIE należy postępować z nawilżaczem powietrza

– Kochani, mamy nawilżacz!
– Co? A po co Ci to? – Mój Partner Życiowy, Mąż i Ojciec mojego dziecka spojrzał z powątpiewaniem na moje trofeum, po czym mruknął – ja do tego ręki nie przyłożę, ale tobie radzę, przeczytaj instrukcję obsługi.
– Tia, no pewnie – odburknęłam, po czym zrzuciłam buty, płaszcz i z pakunkiem pod ręką poczłapałam do salonu, gdzie radośnie się rozsiadłam i jęłam energicznie rozpakowywać pudło, jakby to był prezent pod choinkę. 

Moim oczom ukazał się cudny, czerwony przedmiot w kształcie kropli, leciutki i śliczniutki. Natychmiast poleciałam po wodę (z kranu oczywiście, bo w bricie akurat mi się skończyła, a mineralki używać przecież nie będę), rozłożyłam go na czynniki pierwsze, znalazłam wlot na wodę, wlałam co trzeba, udało mi się zamknąć i postawiłam z dumą to cudeńko na… parapecie. Tak, tak – na parapecie. A że była właśnie deszczowa, choć ciepła jesień, a obok parapetu mam półkę z książkami i tapety, to wyobraźcie sobie, co było dalej. Oczywiście nie zaopatrzyłam się w higrostat, nie doczytałam, że urządzenie nie może chodzić non stop, że istnieje coś takiego jak optymalna wilgotność powietrza, nie zwróciłam uwagę na bliskość książek i okna, więc po kilku dniach męczenia się z wiecznie mokrym oknem, śmierdzącym praniem (bo suszę w salonie, koło okna), wilgotną ścianą i niepokojącą bliskością wilgoci przy moich ukochanych książkach, stwierdziłam, że mój piękny Gota jest o d… roztrzaść. Spróbowałam go jeszcze owszem, przestawić, ale tak niefortunnie go przestawiłam, że stał na podłodze obok kaloryfera, więc (już teraz to wiem!) skutek był żaden. Tak, nazwijcie mnie przysłowiową blondynką, naprawdę w szkole z fizyki  orłem nie byłam, ba, wręcz zagrożenia kilka razy z rzędu miałam. 

Skończyło się tym, że zapakowałam mój śliczny czerwony nawilżacz i zła poszłam do sklepu go oddać. W sklepie przemiła blondynka (blondynka właśnie) z rozbrajającym uśmiechem spytała mnie, w czym jest problem, więc usłyszała litanię: że mokro, że za wilgotno, że śmierdzi, że nie działa. Pani zapewne nie pierwszy raz spotkała się z takim poziomem indolencji i niewiedzy, więc spokojnie i po kolei zaczęła mi zadawać pytania.

Gdzie postawiłam nawilżacz? Czy było w pobliżu źródło ciepła? Jaki mam poziom wilgoci w mieszkaniu? Jak duże mam pomieszczenia? Jakiej wody użyłam?

A potem zaczęła tłumaczyć, po czym ja zabrałam swój nawilżacz z powrotem do domu. Co więcej – dokupiłam sobie higrostat, dokupiłam środek do czyszczenia wody (Biocido) i z nową wiedzą w głowie wróciłam do domu.  Od tamtej pory już wiem co i jak, i mogę się tym podzielić ze wszystkimi. Bo nawilżacze powietrza są naprawdę skuteczne, jeśli tylko właściwie się z nimi postępuje.

Kiedy włączamy nawilżacz?
Po pierwsze: nawilżacz włączamy wtedy, kiedy jest okres obniżonej wilgotności powietrza, czyli gdy jest sucho (w sezonie grzewczym czyli). O tym, czy mamy za sucho poinformuje nas higrometr (nie, nie higrostat, to coś innego, o czym za chwilę), czyli coś w rodzaju termometru, który mierzy, jaki poziom wilgoci mamy w domu. Na tej podstawie łatwo nam będzie ocenić, czy kisimy się w lubiących wilgoć bakteryjkach, czy też właśnie za pomocą zbyt suchego powietrza nie wysuszamy sobie błon śluzowych. Zresztą nie zawsze potrzebny od razu higrometr – nasz własny nos, skóra i śluzówki to podpowiedzą.

Po drugie: jeśli już ten sezon grzewczy jest, nawilżacz warto ustawić po powrocie z pracy i wyłączyć przed pójściem spać. Dotyczy to przede wszystkim nawilżaczy bez higrostatu, bo te z higrostatem w zasadzie mogą sobie działać ile chcą – i tak wyłączą się same, gdy już wysycą powietrze odpowiednią ilością pary wodnej. Niemniej reguła – 3-4 godziny dziennie jest optymalna dla średniej wielkości pomieszczeń. 

Gdzie stawiamy nawilżacz?
NIE na parapecie, NIE koło kaloryfera, NIE koło mebli (zwłaszcza biblioteczki). Co prawda te nowoczesne nawilżacze rozbijają parę wodną na tak drobniutkie mikrokropelki, że nie ma w zasadzie możliwości, żeby zniszczyły książki czy meble, ale tak czy owak, zwłaszcza gdy trzeba powietrze porządnie nawilżyć, bo już zaczynamy mieć w nosie skrzepy, warto je chronić. Mimo wszystkich zalet zimna mgiełka może osiąść na najbliższych nawilżacza powierzchniach. Natomiast ustawienie nawilżacza zbyt blisko źródła ciepła spowoduje, że niepotrzebnie będziemy marnować energię i wodę. Bo wysoka temperatura wysuszy szybciutko to, co do powietrza odda nawilżacz. Acha, jeśli masz nawilżacz parowy – postaw go Z DALA od dzieci, bo na oparzeniówkę chyba ochoty nie masz.

Kiedy po zakupie możemy włączyć nawilżacz?
Nie, nie natychmiast, chyba że się do tego przygotowaliśmy. Chodzi o prostą sprawę – kurz i pył. W domu trzeba wcześniej odkurzyć, zetrzeć kurze. Nadmiar pyłu i kurzu w powietrzu będzie absorbował parę wodną i nie dość, że z porządnego nawilżania nici, to jeszcze, zwłaszcza w domach pełnych dzieci, psów, kotów, będziemy mieć na meblach i podłogach dość mało estetyczną breję.

O ile zwiększyć wilgotność gdy jest za sucho?
Jeśli poziom wilgoci jest niski (o skutkach suchego powietrza będę jeszcze pisać w przyszłości, można też sobie poczytać na przykład TUTAJ), to żeby podwyższyć ją o około 10% w mieszkaniu o powierzchni 50 mkw trzeba by wprowadzić 2 gramy pary wodnej na metr sześcienny. Co oznacza zużycie na poziomie 4 litrów wody na 24 godziny. Super to wiedzieć, ale jak pomierzyć? I tu wchodzi cudowne urządzonko, zwane higrostatem.

Po co komu higrostat?
Dlatego że oszczędza nam czas i nerwy. Nawilżacz z higrostatem może działać na okrągło – bo ustawiwszy sobie poziom wilgotności powietrza na tych 40 czy 50 procentach, higrostat sam sobie wyczuje, policzy, ustawi, włączy się, gdy się zacznie robić za sucho i wyłączy, gdy się zrobi za wilgotno. Dla mnie bomba. Bo te nawilżacze bez higrostatu mogą pracować maksymalnie 3-4 godziny dziennie, i to najlepiej w naszej obecności. Zbyt wilgotno przecież też nie chcemy mieć (o skutkach nadmiernej wilgotności można przeczytać TUTAJ)

Jak dbać o nawilżacz?
O nawilżacz trzeba dbać. Trzeba pamiętać o wymianie wody, o tym, że niezużytą wodę trzeba wylać i dać świeżą, bo inaczej zalęgną się w niej bakterie, które, gdy włączymy nawilżacz, zaczną radośnie unosić się w powietrzu i trafią do naszych płuc. To jedno, drugie to rodzaj wody – ta z kranu nie bardzo, z brity już lepiej, a najlepiej desytylowana, żeby zminimalizować ryzyko namnażania się lubiących środowisko wodne paskudztw. Wodę zmieniać należy co kilka dni, tak co dwa trzy. Najlepiej codziennie, ale… bądźmy realistami. Ważna też jest technologia mycia – po umyciu – suszymy. I dopiero potem nalewamy odpowiedniej wody. Można jeszcze używać środków do dezynfekcji wody (np. Biocido), które skutecznie ograniczają namnażanie się bakterii i dzięki temu możemy zmieniać wodę rzadziej, co nie znaczy, że wcale. I na koniec – filtry, tak, tak bez nich się nie obejdzie. Filtry wymieniać należy co 3 do 6 miesięcy, żeby nie doprowadzić do przegrzania i w efekcie zniszczenia nawilżacza.

To chyba tyle… Taka garstka praktycznych wskazówek, jak właściwie korzystać z nawilżacza, żeby potem nie robić z siebie półgłówka przed sprzedawcą. No i oczywiście cieszyć się zdrowym, właściwie nawilżonym powietrzem. Nawet domownicy w końcu to docenili, no i mniej chorują w zimie.

czwartek, 9 października 2014

Co ciepłokrwiści lubią najbardziej, czyli o tym, jak dobrać wilgotność do temperatury



Było tak… 

 

Kilka dni temu postanowiłam posadzić cebulki tulipanów w ogrodzie, żeby w przyszłym roku pięknie mi zakwitły. Ponieważ wyglądało na to, że jest ciepło – słońce świeciło, ani jednej chmurki, termometr też wskazywał ludzką temperaturę – 17 stopni Celsjusza – ubrałam sobie lekkie spodnie, podkoszulek, a na ramiona na wszelki wypadek zarzuciłam polar. Wzięłam cebulki, narzędzia i dziarsko ruszyłam do ogrodu. Troszkę zdziwiło mnie, gdy w momencie wyjścia na zewnątrz dostałam na moment gęsiej skórki i włosy mi rozwiało na wszystkie strony, ale stwierdziłam: nic mnie nie powstrzyma, co tam, od zawsze byłam zmarzluchem, nie będę się przejmować.

Uklękłam (przy ziemi było całkiem przyjemnie) i zaczęłam kopać. Oczywiście bez polaru – przecież będzie mi za gorąco, a poza tym niewygodnie! Jakieś 15 minut później wstałam, mocno zgrzana po intensywnej pracy, i natychmiast zaczęłam się trząść z zimna. Nałożyłam polar i pomyślałam: co do jasnej…? W końcu mnie olśniło (najwyższa pora, normalnie plus 10 do spostrzegawczości…). Wieje jak jasny gwint. Słońce grzeje, ale wiatr jest na tyle silny, że nie pozwala specjalnie cieszyć się z pozornego ciepła. Świetnie, trzeba było najpierw myśleć, potem robić, nie odwrotnie. Pozbierałam zabawki i wróciłam do domu – zimnym korytarzem. Po czym weszłam do nagrzanego salonu – bo jest od strony południowej i okna były pozamykane, a kilka dni temu rozpoczęłam sezon grzewczy… W końcu jesień mamy!...

 

Teraz jest tak…


 …A dzisiaj leżę w łóżku z gardłem obolałym, katarem i zapchanymi zatokami. Mam czas na przemyślenia… O tym, co to znaczy zapewnić sobie komfort cieplny tak, żeby zdrowie pozostało bez uszczerbku i żeby czuć się dobrze jak najdłużej…

Jestem ciepłolubna, od zawsze. Nawet w gorące, upalne lato potrafię czasem nałożyć na siebie ciepły sweter i ze szczękającymi zębami twierdzić, że jest zimno. To ja. Ale znam osoby, które nawet gdy na dworze mróz i śnieg, wszędzie latają z krótkim rękawkiem. Zatem odczuwanie ciepła jest mocno indywidualne. Nikt nie zmusi mojej córki, żeby w nocy leżała pod kołdrą, podobnie jak mnie nikt spod tej kołdry nie wyciągnie. A śpimy w tym samym domu, przy tej samej temperaturze. Jak to możliwe?

Podobne upodobania ciepłokrwistych


Niezależnie od upodobań „temperaturowych” wszyscy należymy do tego samego gatunku: jesteśmy ciepłokrwistymi ssakami, które mają bardzo zbliżone do siebie potrzeby pod względem komfortu cieplnego. Oczywiście Eskimos będzie pocił się niemiłosiernie i prawdopodobnie nie wytrzyma w sercu pustyni, na której taki Beduin będzie czuł się jak ryba w wodzie. I odwrotnie: w rejonach Arktyki Beduin w futrze trząsł się będzie z zimna, gdy podobnie ubrany kolega Eskimos będzie żwawo szedł na polowanie. Mimo to średni zakres temperatur, jaki statystycznie jest optymalny dla każdego człowieka, waha się między 21 a 28 stopni Celsjusza.

Oczywiście temperatura chodzi w parze z wilgotnością powietrza i w zasadzie od niej (i kilku innych czynników, o czym później) zależy, jak tę temperaturę odczuwamy. Zatem wilgotność, w jakiej człowiek czuje się dobrze, waha się mniej więcej między 40% a 70%. W tych zakresach zdecydowana większość ludzi czuje się w miarę komfortowo, tzn. zapewniony ma komfort cieplny. 

Tropiki czy pustynia?


Ale, ale – jest jedna, niesłychanie ważna kwestia – chodzi o relację między wilgotnością powietrza a temperaturą. Zasada jest prosta: im wyższa temperatura, tym niższej wilgotności dla odczuwania komfortu potrzebujemy. I odwrotnie – im niższa jest wilgotność, tym wyższą temperaturę jesteśmy w stanie znieść.

Źródło: http://polacie.pl/?pl_steico-flex,50

Oczywiście wychodząc sobie na dwór, jadąc na wakacje w ciepłe kraje czy na północ, możemy sobie mędrkować na temat komfortu cieplnego, a i tak na niewiele się to przyda. Przyroda jest nieubłagana i zarządzi sobie taką temperaturę i wilgotność, jaką będzie chciała. Ale we własnych, domowych pieleszach – tu możemy wiele zdziałać. Tu mamy pole do popisu i naprawdę – możemy skutecznie wpływać na to, czy nasi domownicy będą się czuli jak w afrykańskiej dżungli, na pustyni Gobi czy w nadmorskich rejonach Chorwacji. 

Ale na poważnie. Jeśli chcemy zadbać o to, by nasze dzieci, zwierzęta czy pozostali domownicy (mąż, żona, babcia itp.) mieli zapewniony komfort cieplny, trzeba koniecznie zwrócić uwagę na kilka, a konkretnie cztery czynniki, na które się on składa. O temperaturze i wilgotności już była mowa, ale tutaj sobie to uporządkujemy.

 

 Cztery czynniki komfortu cieplnego

  • Temperatura – czyli czy jest ciepło, zimno czy umiarkowanie. Taka oczywista oczywistość. W każdym razie gatunek ludzki, statystycznie, upodobał sobie zakres temperatur między 21 a 27 (28) stopni Celsjusza. Jeśli jest zimniej już zaczynamy marudzić, a jeśli cieplej – też kręcimy nosem. 
  • Wilgotność – tu zatrzymamy się na dłużej. Chodzi o względną wilgotność powietrza (nie bezwzględną, czyli o to, jaki jest procentowy stosunek pary wodnej w tym powietrzu do tego, ile jej może rzeczywiście być). To niesłychanie ważny dla naszego zdrowia czynnik. Zwłaszcza dla dzieci, które z powodu niewielkiej powierzchni ciała najintensywniej odczuwają w tym względzie zmiany i dyskomfort. Względna wilgotność powietrza to stosunek rzeczywistej masy pary wodnej zawartej w metrze sześciennym powietrza w danej temperaturze do tego, ile tego powietrza może rzeczywiście być. Dla człowieka optimum waha się między 40% a 70%. Ale nie tylko o komfort cieplny tu chodzi, niestety… Zbyt wysoka lub zbyt niska wilgotność oznaczają, że stwarzamy warunki do namnażania się różnego rodzaju paskudztw w powietrzu, w rodzaju bakterii, wirusów, grzybów, pleśni, najróżniejszych alergenów itp. Dysponując w domu nawilżaczem powietrza (najlepiej kontrolującym poziom wilgotności) może tego uniknąć. Jeśli w domu ustawimy sobie temperaturę grzejników na 20 stopni Celsjusza, to ustawny sobie nawilżanie na 50%, a nie 40% bo będzie zbyt sucho. A jeśli lubimy bardzo, gdy jest ciepło, czyli czujemy się dobrze przy tych 25 stopniach Celsjusza, zadbajmy o obniżenie poziomu nawilżenia do 35-40%. Suche powietrze wywołuje zbyt szybkie parowanie skóry i silne pragnienie. Z kolei w bardzo wilgotnym powietrzu mamy do czynienia z duchotą, uczuciem upału, bo parowanie jest zbyt wolne.  Dlatego nawilżacze i osuszacze powietrza (w sezonie grzewczym, gdy kaloryfery grzeją jak szalone, będą to nawilżacze) – to prawdziwa oręż przeciwzapalna.
  • Ruch powietrza – to jest coś, co odczułam, gdy sadziłam te nieszczęsne tulipany. Co z tego, że było względnie ciepło, skoro ruch powietrza, czyli wiatr, był na tyle silny, że to ciepło skutecznie neutralizował? W lecie, przy wysokich temperaturach (powyżej 25 stopni), nasze ciała chłodzą się, wydzielając pot. Komfort zapewni nam delikatny wiatr czy chodzący sobie w domu wiatraczek. W zimie natomiast, przy niższych temperaturach (w moim przypadku zabójcze okazało się już… 17 stopni) te same źródła wiatru będą skutecznie psuć nam humor. Czyli znów – im wyższa temperatura, tym mocniejszy wiatr lubimy, im niższa, tym… w zasadzie to w zimie wcale wiatr nam się nie podoba. 
  •  Średnia temperatura promieniowania (MRT) – to najbardziej tajemniczy, ale jak się za chwilę okaże – łatwy do zrozumienia czynnik komfortu cieplnego. Chodzi o ciepłotę (lub… „zimnotę”) powierzchni – ścian, mebli, podłóg, biurka etc. Najłatwiej wytłumaczyć to na przykładzie starego, niczym niezaizolowanego domu ze starego typu oknami w zimną noc zimową… Brrr. Rano budzisz się (o, szczęściarzu, udało ci się zasnąć?) skostniały, z lodowatym nosem i początkiem infekcji gardła. Właśnie doświadczyłeś NISKIEJ temperatury promieniowania. Zimne ściany wewnętrzne i szkło dosłownie wyssały z ciepie ciepło. Ty je oddałeś, a one nie dały nic w zamian. Inny, przeciwny przykład: nagrzany pokój na poddaszu od strony południowej. Niby termometr wskazuje te 22 stopnie, ale nagrzane do granic możliwości ściany oddają tego ciepła znacznie więcej, a ty pocisz się i dusisz, bo nie jesteś w stanie go przyjąć więcej.

Czyli te cztery czynniki łącznie wpływają na to, czy jest nam miło, czy nie. Czy się pocimy, czy drżymy z zimna. Czy chorujemy, czy jesteśmy zdrowi jak ryby. We własnym domu, właściwym postępowaniem z urządzeniami grzewczymi, nawilżaczami, osuszaczami, klimatyzatorem jesteśmy w stanie zapewnić sobie dobry klimat. Jednak podczas gdy na MRT często większego wpływu mieć nie możemy (trochę większy na ruch powietrza, po prostu dbając by nie było przeciągów), wilgotność i temperatura są w 100% w naszych rękach. My decydujemy o tym, na ile odkręcone będą grzejniki (czy dowolne inne źródło ciepłą), my też możemy decydować o tym, jaką mieć będziemy w domu wilgotność. Umiejętnie dopasowanie jednego do drugiego zapewni nam zdrowie, komfort i dobre samopoczucie.

Tymczasem ja wracam pod koc z chusteczkami i na drugi raz cztery razy sprawdzę, czy aby na pewno ubrałam się odpowiednio do pory roku.



wtorek, 28 stycznia 2014

Zwierzęce alergeny wziewne.



W mieszkaniach, w których przebywają lub przebywały zwierzęta znajdują się alergeny mogące wywołać objawy uczulenia. Także w mieszkaniach osób pracujących ze zwierzętami ryzyko takie jest jak najbardziej prawdopodobne. Alergia na sierść to nic innego jak alergia naskórkowa. Objawy tego rodzaju alergii są niestety całoroczne. Powodują nieżyt nosa, zapalenie spojówek i astmę. Co więcej mówi się o tym, że alergie naskórkowe powodują atopowe zapalenie skóry, choć to póki co hipoteza. Znacznie rzadziej włosy zwierząt powodują pokrzywkę. Jak wygląda alergia na ssaki w liczbach?

sobota, 25 stycznia 2014

Zastosowanie osuszacza.



Optymalna wilgotność powietrza, którym oddychamy w naszym mieszkaniu wynosi od 45 – 55%. O zbyt niskim poziomie zawartości pary wodnej w powietrzu pisałam w postach dotyczących nawilżania powietrza. Lecz zbyt wysoka zawartość wody w powietrzu może być poważna w skutkach. Szybko rozwijające się na ścianach grzyby, poukrywane w kątach pleśnie mogą bardzo destrukcyjnie wpłynąć na nasz organizm. Temu wszystkiemu można zapobiec.

czwartek, 23 stycznia 2014

O suszeniu inaczej.



Osuszacze można swobodnie wykorzystywać w przemyśle spożywczym. Suszyć możemy owoce, warzywa – będą one wówczas doskonałą przekąską. Jako, że to blog o powietrzu, o walorach zdrowotnych samodzielnie przygotowanych bakalii nie będę się rozpisywać, nie mniej chciałabym pokazać osuszacze z nieco innej strony.

niedziela, 19 stycznia 2014

I się stało. Mieszkanie mi zalało!



A cała historia początek swój miała kilka tygodni temu. Wracam po weekendowym wyjeździe, podczas którego usilnie poszukiwałam śniegu. Skutek zerowy. Za do w domu prawie basen. No dobra, w ściany zdążyło wsiąknąć co miało. Sąsiedzi nas zalali. Świetnie – rzekłabym. Na dworze zimno, więc średnio z wietrzeniem, do tego wilgotność na zewnątrz niewiele niższa, o ile w ogóle, niż ta w domu.